Witaj na stronie Polsce Wierni.

Jesteś u Doroty Dotti

Dziennik – Kartka Papieru

Stoję w bramie czasu. Czas przeszły – jak cień – jest za mną.
Czas teraźniejszy jest we mnie. Czas przyszły osnuwa gęsta mgła niepewności.
Rozglądam się. Wszystko wokół to mój czas. Niezależnie, czy tego chcę, czy też nie.
To jest właśnie mój dzień. Dzień przepleciony wschodami i zachodami słońca, a nawet jego całkowitym zaćmieniem.
Wszystko, co na twych stronach zapiszę, droga Kartko Papieru, jest zapisem chwil, pewnych chwil z tego dnia.
Prawdę mówiąc, nie wiem od czego zacząć. Myśli moje kłębią się. To splatają, to znów spychają się ich wątki. Może dlatego, że niby jestem, a wydaje mi się, jakby mnie nie było.
Gdyby nie Mistrz, nie zapisałabym tych chwil.
Mistrz poprosił mnie o przeczytanie na głos kilku linijek dziennika.
Spojrzałam na tekst. Z każdym odczytywanym słowem głos coraz bardziej wiązł mi w gardle.
W oknie stał człowiek. Niewysoki, kiedyś szczupły i zwinny mężczyzna, choć niepozorny taki. Dziś wychudzony, wycieńczony, słaby.
Stał w oknie i patrzył na stojącego naprzeciw niemieckiego żołnierza gotowego do oddania strzału, z karabinem wycelowanym wprost w niego.
W bezruchu obejmował gestapowca tym swoim przenikliwie dobrotliwym spojrzeniem zafrasowanych oczu i zastanawiał się nad tym, kim mógł być ten człowiek, nim włożył ten straszny mundur i zaczął służyć śmierci, nieludzkiej śmierci. Skąd pochodzi? Z jakiej części jego kraju? Może jest z miasta, a może ze wsi? Czy zostawił w domu żonę i dzieci? Czy teraz myśli o nich? Czy tęskni?
To był Korczak, Kartko Papieru, Janusz Korczak. Tak zapisał tę straszną chwilę "Pandoktor", jak nazywały go dzieci w Domu Sierot, który wcześniej prowadził.
Nie pamiętam czytanych na głos tego dnia innych tekstów. Użyczałam swego głosu słowom, których nie słyszałam wcale. Widziałam tylko ten obraz.
Wydawało mi się, że w tym oknie stoję ja. A w każdym razie moje emocje, próbujące wydostać się spod przygniatającego ciężaru misterium iniquitatis.
Nie śmiałabym nigdy porównywać mojej sytuacji z tym rodzajem niesprawiedliwości, jaka spotkała tego wspaniałego Człowieka. Ale tak wtedy czułam. Obłędna tragedia. Potworna śmierć.

W tajemnicy niesprawiedliwości psychicznego i fizycznego zniszczenia pozostaje niepokonany duch, myśl, idea. I w tym jest rzecz.

Głowa mi pęka i ciężko przychodzą mi słowa.
Noce? Noce są bezsenne i tak kojąco ciche. Nie czuję zmęczenia. W mroku nocy, przy poświacie gwiazd, widzę swoje myśli. Rozpoznaję emocje minionych wydarzeń, wypowiedzianych, ale i zatrzymanych w myślach słów, emocje każdego drgnienia, każdego gestu. To jest spotkanie z prawdą. Prawdą o samej sobie. Bo liczą się uczynki i powodujące je emocje. Wówczas widać, kiedy i gdzie, ale i jak bardzo tej prawdzie potrzeba Parakleta. Przed prawdą nie ma ucieczki. O ile znasz zasady. O ile je znasz i są ci bliskie.
Dzień? Dzień zaczął się jakiś czas temu. Zawisł w powietrzu. Jak gęsta, szara i dusząca mgła. I trwa. Stara się… czasem udolnie, czasem mniej udolnie… zachować to, co dobre zostało po nieprzespanych snach. Wówczas jaśnieje. Znika szara mgła. A na lazurze nieba pojawia się wyczekiwane słońce. Od ciebie zależy, jak zareagujesz, gdy na horyzoncie pojawi się ciężka gradowa czarna chmura. Jest bowiem otulający radością powiew pasatu, ale jest też złowroga wichura. Burza z silnymi wyładowaniami. Pioruny rozjaśniają granat nieba i przecinają stare wysokie drzewa.
A ja? A ja – wbrew wszystkiemu – szukam w człowieku człowieka.

M. na zaliczenie czwartego roku ma opracować pierwszy rozdział pracy magisterskiej. Cieszę się, bo pani promotor, jak mówi M., jest bardzo miła.
Mimo to, wybrany przez M. temat legł. Pani profesor zgadza się na zestawienie polskiej i niemieckiej wersji książki, ale nie na „Homo Faber” Maxa Frischa.
Wersję oryginalną dostała rok temu z Niemiec. Przeczytała ją w mig, jak to zwykle ona, z wypiekami na twarzy. Serdecznie mi tę książkę poleciła, ale… nie chciała zdradzić treści. Nie znam niemieckiego. M. starała się zorganizować dla mnie przekład polski. Ale… w naszej bibliotece był tylko jeden egzemplarz. Akurat był w czytaniu. Byłam wówczas tak zajęta swoją pracą, że zapomniałam o tej książce. Teraz M. udało się ją wypożyczyć, dała mi do czytania. Ale chciała, byśmy miały nasz egzemplarz. A tej pozycji – ku naszemu zdziwieniu – w księgarniach nie ma. Po prostu nie ma. W jednej z nich miły młody sprzedawca ambitnie przeszukiwał dla nas bazy danych swojej sieci i magazynów. Ucieszył się jak dziecko, gdy ją wreszcie znalazł. Jedyny egzemplarz. Znalazł, zamówił i mamy.
Zastanawiam się, dlaczego ta książka nie jest powszechnie czytana? Prawdę mówiąc i mnie ona by się wcześniej przydała.

Jej przesłanie jest wciąż aktualne. Zatrzymać się, by choć przez chwilę zastanowić się nad istotą tożsamości człowieka. Nad wyborami w życiu, nad ich kategoriami. Jakże często człowiek myśli, że osobiście… sam… wpływa na przebieg całego swego życia. Nie zauważając w swej pysze, że pewność jego w istocie jest niepewna. Wydaje się mu, że ledwie odwróci się od swojej przeszłości i… już jej nie ma. Ale… czy można uciec od własnego cienia? Bez uporządkowania spraw, bez odłożenia ich na właściwą półkę, bez przywrócenia sprawom właściwych miar i mian. Bez wewnętrznego rozliczenia szaleństwem jest uznać, że – bez tych fundamentów – mógłby zbudować nowy świat.

Wracam myślą do Mistrza. I wiem, że rację ma mój Mistrz, mówiąc, że w tym świecie… tylko czułość idzie do nieba.

Dorota-Dotti
Warszawa, 24 kwietnia 2024 roku – odświeżona wersja z maja 2006 roku