Witamj na stronie Polsce Wierni

Jesteś u Ngepow

W poszukiwaniu sensu prowizorycznego

Leszek Kołakowski w eseju pt. „Nasza wesoła apokalipsa. Kazania na koniec wieku” z 1997 roku napisał: „Otóż prędkość właśnie, jak należy sądzić, unicestwiła przestrzeń mitologiczną, przestrzeń sakralną, w struktury znaczące ujętą: bez tej przestrzeni, jak nam mistrz Mircea Eliade tłumaczył, wszechświat nie może ujawnić ludziom swego utajonego sensu. Dzięki mitologicznej przestrzeni postrzegamy prawo, normy fundamentalne życia, jako prawa wpisane w samą konstytucję bytu, nie zaś dowolnie przez ludzi tworzone. […] Tę wiarę w prawo naturalne utraciliśmy (czy też zniszczyliśmy) także. Utraciliśmy ją zresztą w znacznym stopniu wcześniej, zanim jeszcze postęp techniczny obdarował nas tą zawrotną prędkością, którą się chełpimy. Oświecenie zniszczyło tę wiarę, a przez to usunęło podstawę naszego bezpieczeństwa moralnego, a rychło również bezpieczeństwa poznawczego; jedno i drugie podważone zostało przez racjonalizm sceptyczny. […] Fundamentalne więzi, które podtrzymywały ludzką wspólnotę – rodzina, religia – zostały wyszydzone lub gwałtem rozerwane. Krótko mówiąc, Oświecenie to wielka katastrofa kulturalna. Istnienie ludzkie zredukowane zostało do jego czysto naturalnych określników, a przez to osoby ludzkie stały się całkiem wymienialne – niczym cegły w ścianie: tak to w końcu zostały podłożone podstawy XX-wiecznego totalitaryzmu”. Kończąc swój esej, Kołakowski zaznacza: „Powtarzam tedy: ideologie i symbole nie są ważne. Ideologie są z reguły słabsze aniżeli ich nosiciele, tych nosicieli aspiracje i interesy. Niebo nigdy nie jest bez chmur, jak z resztą zawsze było i o czym ludzie zawsze wiedzieli. Nie powiadam, że pędzimy ku zagładzie. Raczej – jak Alicja w krainie czarów – musimy się bardzo natężać i prędko pędzić, żeby być w tym samym miejscu”.

Tu kilka moich refleksji w odniesieniu do powyższego fragmentu eseju Leszka Kołakowskiego o prędkości życia, które niczym jazda szybkim samochodem pozwala cieszyć się pędem samym w sobie, połykaniem przestrzeni i poczuciem panowania nad nią, ale już nie dostrzeganiem bogactwa i głębi świata czy to na zewnętrz, czy w nas, bo wszystko to zostaje rozmyte, a nasze oko i umysł nie potrafią się skupić na niczym konkretnym. Nawet hedoniści zatem mogą nie czuć się usatysfakcjonowani, skoro zbiór obiektów do celebracji tak gwałtownie skurczy się, a pozostanie nam tylko ruch dla samego ruchu. Istnieje zresztą obawa, że ruch ten odbywać się będzie po kole, jak na karuzeli – bo w końcu każda najbardziej prosta droga kiedyś musi mieć jakiś zakręt – a wówczas od tego ciągłego ruchu i kręcenia się w kółko możemy poczuć przesyt, znużenie, a wreszcie torsje i nie pomoże tu nawet zamykanie oczu. Wszystko to w zgodzie z teorią kompensacji, o której pisał Odo Marquard w latach 80. XX wieku. Według niego nadmierny postęp/przyspieszenie w jakimś aspekcie naszego życia skutkuje spowolnieniem w innych. Wszechobecność techniki i jej wynalazków odbiera nam zdolność adaptacji do niej w iście ludzki sposób. Dlatego prędzej podczas tego rollercoastera postępu wypadniemy z siodełek, niż opanujemy swoją biologię na tyle, by nie mieć zawrotów głowy i jeszcze na dodatek orientować się, co się dzieje w otaczającej nas przestrzeni. Chyba że nasze ludzkie życie straci na wielowymiarowości, a my staniemy się prostymi wymienialnymi modelami, co po części dzieje się, kiedy zatracamy zdolność refleksji albo zostajemy pozbawieni możliwości jej uprawiania. Dzieje się tak wówczas, kiedy zostajemy zmuszeni przez warunki życia do walki o jego biologiczne podtrzymanie. Marquard pisał: „[…] nowoczesne nasycenie świata produktami sztucznymi jest kompensowane specyficznie współczesnym odkrywaniem i apoteozą nietkniętego pejzażu oraz rozwijania wrażliwości na przyrodę, ze świadomością ekologiczną włącznie; albo: nowoczesna utrata tradycji wskutek urzeczowienia i rosnącego tempa przemian rzeczywistości jest kompensowana specyficznie nowoczesną genezą zmysłu historycznego: np. przez narodziny muzeum i nauk humanistycznych”.

Tak jest teraz, ale prędkość życia i zjawisk zachodzących w świecie przekroczyła wyobraźnię i Marquarda, i Kołakowskigo. A my możemy nie mieć możliwości nawet na próbę owej kompensacji w sytuacji wspomnianej wyżej przeze mnie walki o biologiczne przetrwanie, jeśli na przykład jakość dostępnej nam na rynku żywności nie zaspokoi naszych potrzeb na tyle, by umożliwić nam prowadzenie aktywnego i zdrowego życia albo jeśli dla podtrzymania tegoż względnie zdrowego życia będziemy musieli poświęcić całą naszą możliwą aktywność. Tak się wydarzy, jeżeli bezpieczeństwo żywieniowe oddamy w ręce zewnętrznych, pozakrajowych podmiotów, a swoje własne rolnictwo pozwolimy zniszczyć – co i tak już w dużej mierze się dzieje. Doprowadzi to do tego, że tysiące czy nawet miliony ludzi będzie niedostatecznie odżywionych, a w efekcie coraz słabszych fizycznie i mentalnie. Szczegółowo mówi o tym profesor Grażyna Cichosz w wielu swoich wywiadach. Nawet bez strasznych odurzaczy czy narkotyków typu fentanyl organizmy pozbawione wystarczającej ilości białka do regeneracji i obrony ograniczają swoje zdolności poznawcze, a społeczeństwa stają się biernymi masami, którymi łatwo manipulować i wytrącać je z równowagi.

Głębokie niedobory witaminy D 3 wywołują zmienność nastrojów, lęk i napady paniki, zadziwiające zatem, że w naszym kraju odpowiedzialni za zdrowie ludzie poprzez akcje medialne i edukacyjne nie są w stanie zadbać o utrzymanie jej odpowiednio wysokiego poziomu w organizmach Polaków. To nie przypadek, że badanie poziomu tej podstawowej witaminy nie jest refundowane w ramach prewencji, że nadal stać nas na drogie leczenie, ale już nie na zapobieganie chorobom. To szczegółowy przykład, jak bardzo nasze życie zostaje sprowadzone do troski o podstawowe biologiczne aspekty, by nie mieć czasu na to, co jeszcze bardziej istotne dla nas jako ludzi kwestie. A o nich właśnie mówi Kołakowski. O poszukiwaniu sensu, czyli nie sztuki dla sztuki – celebrowania życia dla niego samego, ale jednak podjęcia próby zmierzenia się z pytaniem o cel naszego życia i o to, co czyni je wartościowym, a co możemy odkryć jedynie, wychodząc poza pośpiech dnia zwykłego i zwykłych obowiązków. Ta konstatacja jest gorzka i jakże aktualna, bo staniemy do walki o biologiczne przetrwanie – a już wkrótce może się ono stać trudniejsze niż w czasach, kiedy polowano na mamuty – gdy pokarm, który spożywamy, nie zaspokoi naszych potrzeb odżywczych. Wówczas to walka o byt określi naszą świadomość.

Może o to właśnie idzie, by walcząc o biologię, tracić siły na dbanie o rudymentarne kwestie najgłębszego sensu, człowieczeństwa i ducha? W takim przypadku walka o spowolnienie życia samego w sobie, by nie wypaść z siodełka na karuzeli, stanie się właśnie tym sensem prowizorycznym zamiast docelowego. Ale być może to cena, jaką będziemy musieli płacić przez jakiś czas, by móc naprawić nasz ludzki świat i nie stać się jedną
z wielu rzeczy zawiadywanych przez ai?

Ngepow

* Jako o bezosobowym tworze ludzkim powinniśmy pisać o sztucznej inteligencji właśnie małą literą.