Witaj na stronie Polsce Wierni.

Pęknięte Serce

Czy może być bardziej przejmujący widok niż widok smutnego dziecka? A jeśli do tego jest to dziecko osierocone, skrzywdzone, sponiewierane przez dorosłych, serce kraje się tym bardziej. Los dzieci na wojnie nigdy nie był radosny, jednak los dzieci osadzonych w obozie koncentracyjnym, zdanych na łaskę, a częściej na niełaskę wroga, który im ten obóz stworzył, był tragiczny. Zazwyczaj nie zdajemy sobie z tego sprawy, dopóki nie dotrą do nas jakieś informacje na ten temat.

9 maja 1971 roku w Parku Promienistych w Łodzi odsłonięto pomnik Pęknięte Serce. Pomnik szczególny i zasługujący na przypomnienie, a niektórym na uświadomienie, co symbolizuje i jaka jest historia jego powstania. Cofnijmy się o kolejnych 30 lat. W 1941 roku Niemcy podjęli decyzję o utworzeniu na terenach polskich włączonych do III Rzeszy prewencyjnego obozu dla polskich dzieci, które na skutek bezdomności, sieroctwa, kradzieży i drobnych występków stanowiły element demoralizacyjny.

Od kilku pokoleń jestem łodzianką, ale o istnieniu jedynego na terytorium Europy Środkowej obozu koncentracyjnego przeznaczonego dla dzieci i młodzieży polskiego pochodzenia dowiedziałam się stosunkowo niedawno. Nie znałam tego z przekazów rodzinnych, mimo że przed wojną moja rodzina mieszkała w tej części Łodzi, w której zlokalizowano miejsce gehenny najmłodszych Polaków. Był to obóz koncentracyjny dla dzieci, których jedyną winę stanowiło to, że zostały osierocone przez swoich rodziców poległych w działaniach wojennych, że zostały opuszczone przez rodziców, których za działalność konspiracyjną aresztowali okupujący Polskę Niemcy, w końcu dzieci, które starały się na miarę swoich możliwości i umiejętności utrzymać się przy życiu, często wchodząc w konflikt z prawem na skutek żebractwa, włóczęgostwa, drobnych kradzieży.

Problem destrukcyjnego wpływu polskiej młodzieży na niemiecki „ordnung” Niemcy zauważyli już w 1940 roku, a w połowie roku następnego, kiedy represje wobec Polaków nasiliły się i lawinowo zaczęły narastać, stał się on na tyle istotny, że podjęto decyzję o poszukiwaniu lokalizacji dla miejsca „wychowania” niepokornych młodych Polaków. 28 listopada 1941 roku Heinrich Himmler podpisał zarządzenie powołujące do życia obóz prewencyjny dla polskich dzieci, motywując to następująco: „Na naszych wschodnich terenach Niemiec, szczególnie w »Okręgu Warty«, zaniedbanie młodzieży polskiej rozwinęło się poważnie i stanowi groźne niebezpieczeństwo dla młodzieży niemieckiej. Przyczyny tego zaniedbania leżą przede wszystkim w nieprawdopodobnie prymitywnym standardzie życia Polaków. Wojna rozbiła wiele rodzin, a uprawnieni do wychowywania nie są w stanie spełniać swych obowiązków, polskie zaś szkoły zamknięto. Stąd też dzieci polskie, wałęsające się bez jakiegokolwiek nadzoru i zajęcia, handlują, żebrzą, kradną, stając się źródłem moralnego zagrożenia dla młodzieży niemieckiej”.

W kwadracie obecnych ulic Brackiej, Górniczej, Emilii Plater i Zagajnikowej, na terenie Litzmannstadt Ghetto, otoczonym wysokim, szczelnym płotem, w grudniu 1942 roku zaczęto osadzać młodych Polaków - dzieci wyłapywane pod zarzutem wałęsania bądź przyłapane na drobnych kradzieżach, handlu ulicznym czy szmuglu, próbujące radzić sobie w trudnej sytuacji, w jakiej się znalazły, bardzo często osierocone - rodzice zginęli na froncie albo zostali zabici podczas przesłuchań - bądź pozostawione same sobie po aresztowaniu rodziców przez Niemców czy też po wywiezieniu ich do prac przymusowych. Zwożono tu dzieci i młodzież z całej Polski: z Poznania i okolic, ze Śląska, Warmii, Kaszub i oczywiście z samej Łodzi. Jak podają Jolanta Sowińska-Gogacz i Błażej Torański, autorzy książki „Mały Oświęcim. Dziecięcy obóz w Łodzi”, do obozu można było trafić za wszystko, ale przede wszystkim za polskość:
„przerzucał chleb do Getta
zaniedbane dziecko polskie
dziecko polskie sierota
włóczy się bez środków do życia
córka polskiego profesora
przeszkadzał otoczeniu i wywierał ujemny wpływ na dzieci niemieckie
nielegalnie nabył karty żywnościowe
ojciec na robotach w Rzeszy, matka w Oświęcimiu
kradnie z innymi dziećmi owoce w ogrodach
ojciec nie żyje
trudne do wychowania trzęsie głową, moczy łóżko
bezcelowość dalszego wychowania wskutek złego duchowego nastawienia i swojej przynależności do narodu polskiego
syn polskiego oficera
rodzice nie żyją
żebrze
włóczy się
zarabia odnosząc walizki z dworca kolejowego w Katowicach
miał przy sobie zapałki
rodzice nie przyjęli volkslisty”

Formalnie był to obóz dla dzieci i młodzieży w wieku od 6 do 16 lat, jednak trafiały tu także dzieci młodsze, nawet 2-letnie. Nieznana jest liczba ofiar obozu, ponieważ dokumentacja niemiecka zaginęła. Rozbieżności są duże. Szacuje się, że przez obóz na pewno przewinęło się kilka tysięcy dzieci. Jeszcze niedawno podawano liczbę kilkunastu tysięcy.

Dzieci zmuszane były do niewolniczej pracy ponad siły. Otrzymywały głodowe racje żywnościowe, które w żaden sposób nie zaspokajały potrzeb rozwijających się organizmów. Za każdą niesubordynację, naruszenie przepisów, za zerwanie owoców z drzewa - w zasadzie za wszystko – były karane w okrutny sposób. Wiele z nich nie przeżyło tortur, jakich doświadczało od swych niemieckich „opiekunów” - bicia do nieprzytomności, polewania zimną wodą i kilkugodzinnego wystawiania na mróz czy zanurzania w oleju. Wiele, bardzo wiele dzieci zostało przeznaczonych do germanizacji. Najmłodsze dzieci przywożone były do obozu ciężarówkami i po dokonaniu pomiarów antropologicznych, kierowane do odległego baraku, z którego po jakimś czasie znikały.

Najgorsze jednak dla małych więźniów było koszmarne poczucie osamotnienia, brak bliskiej osoby, która mogłaby dodać otuchy, przytulić, uspokoić, wesprzeć. Nawet w Auschwitz dorośli więźniowie mogli liczyć na siebie, potrzymać się za ręce. Tutaj dzieci zdane były tylko na siebie i swoich niemieckich, bezwzględnych oprawców. Co prawda istniała możliwość widzenia z najbliższymi, ale większość rodziców nie żyła albo nie miała szans dotrzeć do Litzmannstadt. Nieliczne widzenia odbywały się pod nadzorem Niemców i pod żadnym pozorem nie wolno było się do siebie zbliżać. Autorzy wstrząsającej książki „Mały Oświęcim” przywołują relację mamy 9-letniego, fałszywie oskarżonego o podpalenie starej stodoły Jureczka Rutkowskiego (wnuka doktora Jana Rutkowskiego, wybitnego antropologa i społecznika, członka Tajnej Ligi Narodowej): „Gdy dotarłam do bramy obozowej, strażnik oznajmił mi, że nie mogę widzieć się z synem, bo w obozie jest kwarantanna z powodu tyfusu. Na moją usilną prośbę strażnik poszedł do władz obozowych i wrócił z wiadomością, że mój syn do mnie przyjdzie. Wtem przez otwartą furtkę widzę, że zbliżają się dwaj chłopcy, którzy trzymają się za ręce, ale w żadnym z nich nie rozpoznaję syna. Jeden z nich silniejszy prowadzi słabego i chwiejącego się na nogach młodszego kolegę. Zbliżają się do mnie i nagle jeden z nich, mały, wynędzniały szkielecik słabiutkim głosikiem, w którym wyczułam radość, wymówił »Mamusia«... Wtedy poznałam w nim mojego syna. Doznałam tak silnego wstrząsu, że z bólu i rozpaczy nie mogłam wymówić słowa, po czym zasłabłam. Gdy 3 dni później ponownie stawiłam się w biurze z kolejną prośbą o uwolnienie syna, Jurek już nie żył”.

Dzieci pisały do swoich rodzin listy, prosząc o przysyłanie różnych potrzebnych artykułów, przede wszystkim jedzenia, ale i środków higieny. Paczka przysługiwała raz w miesiącu, ale rzadko trafiała w całości do adresata. Najczęściej była gdzieś po drodze rozkradana.

Więzione w obozie dzieci ciężko, ponad siły pracowały. Chłopcy prostowali igły, wyrabiali buty ze słomy, koszyki z wikliny, paski do masek gazowych oraz skórzane elementy plecaków wojskowych. Dziewczynki pracowały w pralni i pracowniach krawieckich. Bite, głodne, trawione chorobami i rozprzestrzeniającymi się epidemiami dzieci umierały z wycieńczenia; niektóre popełniały samobójstwa. Nie miały dokąd uciec (starsi chłopcy podejmowali takie próby), ponieważ za ogrodzeniem obozu był teren getta, w którym żydowscy policjanci pilnowali porządku, a poza gettem zgermanizowane miasto, zasiedlone po wypędzeniu Polaków przez Niemców.

Obóz przy ulicy Przemysłowej istniał do czasu wkroczenia do Łodzi Armii Czerwonej w styczniu 1945 roku. Wolności doczekało 900 młodych więźniów w stanie krańcowego wyczerpania.

Traumatyczne wspomnienia odcisnęły na małych więźniach tak silne piętno, że nie byli oni w stanie przekazać ich ani swoim bliskim, ani historykom, ani badaczom zbrodni niemieckich. Zresztą w tamtym czasie nikt nie starał się zarchiwizować tych wspomnień. Bagatelizowano próby zainteresowania historią obozu, nie dając wiary opowieściom dzieci. Z czasem z terenu obozu zniknęły stare obozowe budynki, po wojnie powstało tam nowe osiedle mieszkaniowe. O dramacie dzieci zapomniano.

Przypadek sprawił, że w 1968 roku do Łodzi przyjechała wycieczka uczniów z Ośrodka Szkolno-Wychowaczego dla Dzieci Głuchych z Przemyśla i znalazł się ktoś, kto opowiedział im, co 25 lat wcześniej działo się w Łodzi z najmłodszymi Polakami. Uczniowie, przejęci losami swoich rówieśników, postanowili napisać do łódzkiego oddziału ZBOWiD z prośbą o budowę pomnika upamiętniającego martyrologię polskich dzieci w pobliskim niemieckim obozie „wychowawczym” dla dzieci i młodzieży polskiej podczas II wojny światowej. Władze miasta pozytywnie odniosły się do pomysłu i wskazały lokalizację, która historycznie znajduje się już poza terenem obozu, ale w jego bliskim sąsiedztwie - w dawnym Parku Promienistych, obecnie Szarych Szeregów.  W 1969 roku wmurowano akt erekcyjny. Pomnik autorstwa Jadwigi Janus i Ludwika Mackiewicza został uroczyście odsłonięty 9 maja 1971 roku. Przedstawia postać małego wychudzonego chłopca na tle pękniętego serca. Przed rzeźbą znajduje się napis: „Odebrano Wam życie, dziś dajemy Wam tylko pamięć”.

                                                                                                                        
                                                                                                                         Wiolar